czwartek, 7 listopada 2013

Ulubieniec minionego lata: Perfumy Elizabeth Arden, Green Tea

Co ten Blogspot robi ze zdjęciami -.-

Dziś o moim kolejnym bziku, czyli pierwszy post o perfumach. Uwielbiam kiedy na mojej półce stoi przynajmniej kilka flakoników. Mam wtedy w czym wybierać, mogę dobrać zapach do mojego aktualnego humoru, okazji, pory dnia, a nawet pory roku. 
Tak było również w przypadku tego produktu. Sięgałam po niego praktycznie codziennie, odkąd go kupiłam, czyli mniej więcej całe lato. Dlaczego? 

Sama nazwa podpowiada nam jak te perfumy pachną, mi kojarzy się ona ze świeżością, nie mniej jednak z delikatną nutą słodyczy. Czymś co w upalne dni nie będzie nas dusić, tylko dodawać energii. Czymś idealnym zarówno na plażę, jak i na zakupy. Czymś nienachalnym, delikatnym i pięknym zarazem. Taki właśnie aromat zamknięty jest w tej buteleczce. 

Jest to piękny zapach, który bezsprzecznie kojarzy mi się z wakacjami. Mimo to zdarza mi się sięgać po niego również jesienią i zimą, kiedy jestem już zmęczona tymi wszystkimi ciężkimi 'dusicielami'. Wyraźnie wyczuwam w nim miętę, i cytrusy. 

Jej minusem jest trwałość. Jak to zazwyczaj bywa w przypadku kompozycji świeżych nie jest zachwycająca. Na skórze wytrzymuje około 4-5 godzin. 
Oczywiście dla mnie przestaje być wyczuwalna wcześniej, ale to nie wina produktu, tylko naszego węchu, który łatwo się przyzwyczaja. Dlatego najlepiej niech wynik testu trwałości ogłosi ktoś inny. :) 
Na ubraniach sprawdza się o wiele lepiej. 

Regularna cena za 100ml wody perfumowanej to ok. 150 zł. Ja swoją gigantyczną butelkę dorwałam za.. 50 zł w Rossmannie. Właśnie dlatego zawsze odradzam kupowanie czegoś w cenie regularnej. :D 

Nuty zapachowe:
nuta głowy: bergamotka, cytryna, pomarańcza, mięta
nuta serca: rabarbar, jaśmin, nasiona selera, goździk
nuta bazy: mąkla tarniowa, ambra, piżmo.

Czy polecam? 
Myślę, że są to perfumy dość uniwersalne, spodobają się raczej sporej grupie ludzi. Warto przy następnej wizycie Rossmannie je powąchać. 
Ja osobiście polecam je bardzo, ale na pewno nie w cenie regularnej. :) 

Miałyście może z nimi kontakt? Jakie są Wasze ulubione letnie zapachy? :) 

Ściskam Was mocno. :)


poniedziałek, 4 listopada 2013

Parafina w kosmetykach - czy naprawdę taka zła?

Dziś wprowadzenie do poznawania tajemnic składów kosmetycznych. Moim zdaniem czytanie i orientowanie się w nich to niezwykle przydatna umiejętność. Wymaga trochę czasu i praktyk, ale może ratować nas przed kupieniem bubla, lub czegoś co nie koniecznie jest bublem, ale dla naszego typu skóry czy włosów pasować nie będzie. 
Na pierwszy ogień idzie parafina. Jedni ją lubią, drudzy nienawidzą. Dlaczego wywojuje tak skrajne emocje? Zaraz się przekonamy. :) 


Zacznijmy od tego, że jest to nic innego jak oczyszczona ropa naftowa. Nie brzmi dobrze już na samym początku prawda? 
Jest ona emolientem, posiada świetne właściwości natłuszczające. Nie przenika jednak przez naskórek czy włos, pozostawia jedynie tzw. film, który uniemożliwia uciekanie wody, i chroni przed czynnikami zewnętrznymi. Niby okej, ale jest to dość złudny efekt nawilżenia. Parafina sama w sobie nie posiada żadnych funkcji odżywczych. Nie poprawi stanu włosów, czy cery. 
Stosuje się ją głównie w pielęgnacji skóry bardzo suchej i atopowej. Używanie jej jednak na co dzień szczególnie przy cerze problemowej, może powodować zapychanie, powstawanie zaskórników, wyprysków, nadprodukcję sebum. 

Jeśli chodzi o włosy to jej działanie można porównać do silikonów. Nasze kłaczki pięknie po niej wyglądają, są lśniące i lejące. Stosowana jednak zbyt często może je wysuszać. Przykładem czystej parafiny jest nafta kosmetyczna. Działa świetnie, lecz nie możemy przesadzać. Ja stosuję ją przed większymi wyjściami, kiedy chcę żeby włosy wyglądały nienagannie. Zdarza mi się to mniej więcej raz na miesiąc, czasem nawet rzadziej. W innych przypadkach zdecydowanie wolę nałożyć olej. 

Pod jakimi nazwami chowa się w składach parafina? 
  • Paraffinum liquidum 
  • Paraffin 
  • Mineral oil 
  • Syntetic wax 

Mój punt widzenia: 

Według mnie nie warto panikować (a często się z paniką na ten temat spotykam). Tak jak ze wszystkim, tu też należy zachować umiar. Kiedy wiemy jak danego składniku używać, może on nam bardzo pomóc a nie zaszkodzić. 
Ja parafiny unikam w produktach które stosuje na co dzień, zarówno do włosów jak i skóry.
 Ze względu jednak na ten wyżej wspomniany film ochronny świetnie sprawdza się właśnie zimą. Bardzo dobrze ochrania przed czynnikami zewnętrznymi takimi jak zimno czy wiatr. Kremy do rąk na jej bazie to o tej porze roku jedne z moich ulubionych! 
Korzystam z jej pomocy również kiedy jestem na basenie. Nakładam warstwę kremu do twarzy, który ją posiada i nie straszny mi już wysuszający chlor. 
Sprawdza się też świetnie w maseczkach do suchych stóp. 

Mam nadzieję, że udało mi się przekonać Was, że parafina zła nie jest, jeśli tylko będziemy używać jej ostrożnie. 
A Wy macie jakieś przemyślenia na ten temat? Jeśli tak to chętnie przeczytam. :)) 
<jak zawsze zresztą ;)> 

Ściskam Was mocno. :)


sobota, 2 listopada 2013

Pielęgnacja zimą : Usta + balsam DIY

Zima to dla nas wyjątkowo ekstremalna pora roku. Popękane usta, sucha skóra, spierzchnięte dłonie, wiecznie naelektryzowane włosy, znacie to prawda? Ja niestety też. Dzisiejszy wpis jest początkiem sagi, która ułatwi nam walkę z przeciwnikiem jakim jest mróz, wiatr, i koszmarnie niska wilgotność powietrza, zarówno na zewnątrz, jak i w ogrzewanych pomieszczeniach. Zapraszam. :)

Dla lubiących bawić się w małego chemika przygotowałam przepis na domowe masełko. Jest to bardzo dobry sposób na pielęgnacje ust, bo to my decydujemy co chcemy do mieszanki dodać. Nie zawiera ono gliceryny, która zimą przy niskiej wilgotności nie jest wskazana, ponieważ 'oddaje' wilgoć do otoczenia. Nie dodajemy też wody. Znajdziecie go na samym dole. :)

   Kilka kroków do pięknych ust zimą:  

Przynajmniej raz w tygodniu wykonujmy peeling cukrowy z miodem. Należy mieszanką masować usta przez około minutę, po czym oblizać lub zmyć, i nałożyć balsam nawilżający. Złuszczanie martwego naskórka z ust jest bardzo ważne, jednak często o tym zapominamy. Miód dodatkowo działa kojąco, antybakteryjnie i nawilżająco. 

Miód możemy nakładać również solo, na kilka minut w ciągu dnia, lub na noc. Ja osobiście jednak tej drugiej opcji nie lubię, ale nie dlatego, że działanie mi nie odpowiada, bo jest wręcz przeciwnie, tylko dlatego, że mam tendencję do rzucania się jak dzika podczas snu, a budzenie się z poduszką, twarzą i włosami upaćkanymi miodem nie jest przyjemne. :D 

Polecam również maść ochronną z wit. A. Dostępna jest w każdej aptece, a działa cuda. Często aplikuję ją na noc. Fenomenalnie również sprawdza się od suchych skórek pod nosem podczas kataru. 

Oczywiście za nic nie oblizujemy ust na zewnątrz! Warto jest mieć w każdej torebce, kurce czy płaszczu przynajmniej po jednym błyszczyku lub balsamie. 

Możemy wykonywać także drugi rodzaj peelingu, masując bardzo miękką szczoteczką do zębów nasze usta. Warto mieć do tego przeznaczoną oddzielną niż tą, której codziennie używamy. Po takim zabiegu również nakładamy coś mocno nawilżającego. 

Jeśli używacie kolorowych szminek, to warto starać się żeby nie były one o matowym wykończeniu, ponieważ takie produkty intensywnie wysuszają. Możecie ewentualnie pociągnąć po wierzchu pomadką ochronną. 


  Gotowe produkty które polecam :  

Pomadka Alterra, Rossmann, około 5 zł, promocja 2,50 zł 


Świetny produkt, za fenomenalną cenę. Uważam, że każdy powinien wypróbować. Szczególnie dlatego, że jej zastosowań jest masa, a skład bajeczny.. ;)

Masełka Nivea, wszystkie drogerie, około 8 zł 


Występują w bardzo ładnych zapachach, ja mam malinowy i waniliowy. Mają sporą pojemność, całkiem nieźle wpływają na usta. Ogólnie bardzo je lubię. 

Carmex, drogerie, do 10 zł 
Kultowych Carmexsów jestem fanką od dawna. Nie raz wybawiły mnie z opresji i dosłownie wyleczyły popękane i bojące wargi. Idealne na zimę. 


  Przepis na balsam własnej roboty : 

Będziemy potrzebować: 
- masła shea 
- oleju rycynowego, nada on połysk na ustach
- miodu 
- witaminy A i E, będą naturalnym konserwantem 
- kilku innych olei, jakie macie, ja użyłam kokosowego, arganowego i oliwy 
- plastikowego pojemniczka

Inne oleje są opcjonalne, masła shea jednak zastąpić nie możemy, ponieważ to dzięki niemu nasza mikstura będzie w stanie stałym, tak jak balsamy ze sklepów. Można je dostać w aptekach, a jeśli nie możecie znaleźć, to jestem prawie pewna, że sprowadzenie nie będzie żadnym problemem. Można je również używać do włosów, ciała, twarzy, paznokci.. zastosowań jest masa. :)
Pojemniczek kupiłam w Rossmannie. 


Po podgrzaniu masła (najlepiej w gorącej kąpieli), przelewamy je do pojemniczka. To jego ma być najwięcej, czyli gdzieś 2/3 całości. Dodajemy po kilka kropli pozostałych olei. 



Dolewany miodu, do końca, tyle ile się nam zmieści, po czym dokładnie i energicznie mieszamy np. wykałaczką i pozostawiany do zastygnięcia.  


Gotowa całość nawet w temperaturze pokojowe prezentuje się tak. Miałam okazję już wyrób testować, nawet na zewnątrz i sprawdza się całkiem dobrze. :) Dodatkowo, dzięki zawartości miodu jest słodziutki. :)) Termin ważności miodu w kosmetykach to 2 lata, ale ja mam zamiar zużyć to w jedną zimę. 




A jakie są Wasze sposoby na dbanie o usta? Dorzuciłybyście coś do tego posta? Jeśli zdecydujecie się zrobić ten balsam, to oczywiście dajcie też znać jak się sprawdza. :) 

Ściskam Was mocno. :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...